XVII Kaszubska Włóczęga
┦╤ maja 2025
Jeśli zajrzysz do archiwum Kaszubskiej Włóczęgi, zobaczysz dziwną lukę. XVI edycja — 2023. Potem mini-edycje. A potem od razu XVIII, rok 2026. Siedemnastki nie ma. Organizatorzy, jeśli zapytasz wprost, powiedzą ci, że edycja 2025 nie odbyła się przez braki kadrowe. I to prawda. Tyle że to nie cała prawda.
Bo ja tam byłem.
Zgłosiłem się sam, trasa Bardzo Trudna, „Bagno to taka mokra łąka” — choć przysiągłbym, że taki podtytuł widziałem już wcześniej, na innej mapie, w innym roku. Potwierdzenie zgłoszenia przyszło mailem o 3:17 w nocy. Nie zwróciłem uwagi na godzinę. Wtedy.
Mapa
Baza była tam, gdzie zawsze — ośrodek nad jeziorem, mgła, zapach kawy z sekretariatu. Tylko że nie poznawałem nikogo z obsługi. Budowniczy rozdawali mapy w milczeniu. Na mojej, w prawym dolnym rogu, zamiast logo był numer: XVII. Wydrukowany ostro, pewnie. Jakby ktoś bardzo chciał, żeby ta edycja się odbyła.
Każdy, kto kiedyś uczestniczył w InO, wie, że na marginesie mapy drukuje się numery telefonów do budowniczych — na wypadek kontuzji, zgubienia, sytuacji awaryjnej. Na mojej mapie był jeden numer. Bez nazwiska. Później, już w lesie, kiedy zrobiło się nieprzyjemnie, zadzwoniłem.
Nie było sygnału “zajęte” ani poczty głosowej. Po prostu ktoś odebrał… i milczał. W tle słyszałem las. Mój las. Te same ptaki, ten sam wiatr w tych samych gałęziach, co nade mną. Jakby ktoś stał dwa metry za mną i trzymał telefon przy uchu. Odwróciłem się. Nikogo. Ale w słuchawce, dokładnie w tej samej chwili, usłyszałem, jak ktoś też się odwraca — szelest kurtki, chrupnięcie igliwia. Rozłączyłem się. Numer został w spisie połączeń z czasem rozmowy: 17 minut, choć trwała kilkanaście sekund.
Warstwice
Mariusz, który budował BT, mówił mi rok później — już po wszystkim, przy piwie, ściszonym głosem — że mieli problem z drukiem. Plik wyeksportowany z QGISa był idealny: warstwice gładkie, równe, co 1,25 metra, dokładnie jak co roku. Ale drukarka wypluwała coś innego. Warstwice na wydruku zawijały się w spirale, zagęszczały w miejscach, gdzie w terenie była płaska łąka, rozchodziły tam, gdzie na ortofotomapie stało strome zbocze. Sprawdzali PNG kilka razy — w pliku wszystko się zgadzało. Na papierze nie.
Przedrukowali partię trzy razy. Za trzecim razem dali spokój. „I tak nikt nie czyta warstwic na BT” — zażartował ktoś. Wydrukowali, jak wyszło.
Dziś myślę, że te warstwice nie były błędem. One pokazywały teren taki, jaki był naprawdę — tylko że ten teren nie mieścił się w żadnej skali.
Punkt 13
Pierwsze cztery punkty potwierdziłem normalnie. Standardowy kod lampionu to dwie litery — wiesz, KA, MR, WX. Tak jest od lat, takie mamy lampiony, tak się buduje. Piąty lampion miał na sobie tylko liczbę. 13. Drukowanymi cyframi, których nie ma w żadnym kluczu odpowiedzi.
Był to lampion na samotnej brzozie, pośrodku mokradła, którego nie było w żadnej drożni. Karta startowa sama się w nim potwierdziła. Perforator kliknął, zanim go dotknąłem. Kiedy spojrzałem na swoją mapę, punkt piąty zniknął.
Droga, która się nie kończy
Z trzynastki prowadził krótki odcinek drogi — na mapie może centymetr, w terenie kilkaset metrów. Prosta leśna duktówka między dwoma punktami. Wszedłem na nią o 11:40.
Szedłem prosto. Ciągle prosto, sprawdzając azymut co kilka kroków — igła stała jak wmurowana, kierunek się zgadzał. I co jakiś czas mijałem słupek oddziałowy. Betonowy, omszały, z numerami oddziałów leśnych na ściętych ściankach. Ten sam słupek. Te same cyfry, ta sama wykruszona krawędź, ten sam zacieк mchu w kształcie dłoni. Mijałem go raz, drugi, piąty. Nie zawracałem. Szedłem w jedną stronę, a las podawał mi go z powrotem, jakby przewijał taśmę.
Później dowiedziałem się, że nie byłem sam. Inni uczestnicy — ci, którzy wrócili — opowiadali to samo. Prosta droga, ten sam słupek, azymut bez zmian. Niektórzy szli nim dwadzieścia minut, niektórzy, jak twierdzili, całą noc, choć słońce nie ruszyło się z miejsca.
Im głębiej w las, tym więcej było punktów mylnych — tych fałszywych, które na prawdziwej Włóczędze stawia się dla zmyłki, żeby ukarać tych, co nie czytają mapy dokładnie. Tylko że te szeptały. Cicho, kaszubskim akcentem, którego nie rozumiałem, ale wiedziałem, że podają mi azymut. Szedłem za nimi. Wszyscy szli za nimi.
I w końcu droga puściła. Wyszedłem na metę.
Meta
Na mecie czekało ognisko. Największe, jakie widziałem na KW. Ludzie śpiewali, wymieniali się doświadczeniami, integrowali — dokładnie tak, jak obiecuje strona imprezy. Był tylko jeden mały problem: nikt przy tym ognisku nie stał. Nie wiedziałem, skąd dobiegają śpiewy i rozmowy. Spojrzałem na swoją kartę startową: wszystkie punkty potwierdzone. Łącznie z metą, na której jeszcze nie stałem przed chwilą. I był tam jeszcze jeden otwór po perforatorze — przy polu bez opisu, oznaczonym tylko liczbą 13.
Obudziłem się w aucie na parkingu pod ośrodkiem. Niedziela rano, maj 2025. Sekretariat zamknięty, kłódka zardzewiała, jakby od miesięcy. Na szybie kartka: „Edycja odwołana — przepraszamy”. W kieszeni miałem złożoną mapę. Pustą. Bez treści, bez drożni, bez punktów. Tylko warstwice — zawinięte w jedną wielką spiralę, schodzącą się do punktu w prawym dolnym rogu. A w rogu numer: XVII.
XVIII
Kiedy ruszyły przygotowania do edycji w 2026 roku, ktoś z nowych członków klubu zapytał, czy nazywamy ją XVII edycją, skoro poprzednia się nie odbyła. Były prezes spojrzał na niego ciężkim wzrokiem i powiedział:
– XVII edycja się odbyła. Ale to nie my byliśmy jej organizatorami. I to nie my braliśmy w niej udział.
Jeśli pojedziecie na XVIII Włóczęgę i przy ognisku doliczycie się o jedną drużynę za dużo — nie patrzcie na ich koszulki.
Jeśli na marginesie mapy będzie numer bez nazwiska — nie dzwońcie.
Jeśli mijacie ten sam słupek oddziałowy drugi raz — usiądźcie i czekajcie, aż ktoś was znajdzie. Nie idźcie dalej prosto. Prosto już nie istnieje.
A jeśli zobaczycie lampion z liczbą 13 — zostawcie go.